Po orkanie

Gdy pomyślę o tym, że za paręnaście minut muszę opuścić ciepłe mieszkanie i wyjść na szalejący na dworze wicher i mróz to aż mnie coś w środku telepie. W nocy przez nasze miasto, tak jak i przez całą Polskę miał przejść orkan Ksawery, co zapewne się wydarzyło, jednak ja spałam tak mocno, że nie słyszałam żadnych świstów i podmuchów. U nas wiatr miał osiągnąć prędkość około 60 km/h czyli dużo mniej niż na wybrzeżu, jednak nadal całkiem sporo. Mimo, że zgodnie z wiadomościami od uderzenia orkanu minęło kilka godzin, na dworze nadal nie jest zbyt przyjemnie, bo wiatr chce ludziom głowy z szyi powyrywać. Wychyliłam się raz czy dwa ze swojego okna i jak tylko zobaczyłam jednostki z trudem idące po chodniku, od razu cofnęłam wzrok by nie myśleć, że za jakiś czas to będę ja.

Od czterech miesięcy pracuję jako pracownik działu personalnego Tychy i zazwyczaj z wielką ochotą i chęcią maszeruję rankiem do pracy. Swoją przygodę z działem personalnym zaczynałam w sierpniu, przez co poranne spacerki do pracy były więcej niż przyjemnością. Wrzesień, październik i listopad też nie były najgorsze, ale to, co się dzieje teraz przechodzi ludzkie pojęcie. Tak sobie siedzę i myślę czy czasem nie powinnam skusić się dziś na zostanie w domu. Mogę przecież zadzwonić do pracy, powiedzieć, że pękła mi rura w mieszkaniu i wziąć urlop na żądanie. Ach, to byłoby cudowne móc przez cały dzień leżeć w ciepłym łóżku i nie przejmować się tym, że ktoś mi każe coś tam zrobić.

Niestety, urlopu na żądanie raczej nie wykorzystam, bo nie jestem typem osoby, która ucieka gdy na drodze pojawiają się pierwsze przeciwności. Żaden wiatr nie jest w stanie mnie odstraszyć przed pójściem do pracy – przecież tak naprawdę potrzebuję się tylko dostać na przystanek i poczekać na przyjazd autobusu.

Napisz komentarz